czwartek, 27 listopada 2014

Poduchy w róże i z koronką oraz róże z tkanin

Ozdoby salonu oraz łączniki pomiędzy kolorem ścian i podłogi :-)
Nadal uczę się robić zdjęcia... Wreszcie zamówiłam statyw..



czwartek, 11 września 2014

Duża torebka dla mamy dwójki chłopców

Duża, pojemna torebka ze sztucznego zamszu, bardzo przyjemna w dotyku a jednocześnie wytrzymała. Wewnątrz wyściełana białą bawełną second hand. Ma w środku 3 kieszonki. Rączki z bardzo wytrzymałej tkaniny.
Uroku dodaje wielka kokarda, ozdobny ścieg i wewnątrz, zalotnie widoczna podszewka :-)
Wymiary torebki: 
szerokość 40 cm
wysokość 33 cm
grubość 10 cm

Nosidło Mei Tai do noszenia dziecka z przodu i na plecach










Oto nosidło azjatyckie Mei Tai (MT). Potocznie nazywamy z mężem te nosidła "Mietek". Mięciutkie, przytulne, praktyczne. Nosidło uszyłam z najlepszej jakości bawełny, w środku wyłożyłam tkaniną, której używa się do produkcji kołderek. 
Można je nosić na obie strony. 
Można je dowolnie regulować i nosić bardzo maleńkie dziecko lub sporego dwulatka. Jeśli dziecko jest małe można nosidło zawinąć dwa razy na pasie rodzica. Na YouTube mają Państwo wiele instrukcji
Gratis praktyczna torebeczka na nosidełko.

Zapraszam na inne moje aukcje, jestem producentem bluz do noszenia dzieci w chuście lub nosidle. W moich bluzach nosi się dzieci z przodu i na plecach. Ich wyjątkowość polega na tym, że kiedy dziecko odkłada się do fotelika lub do spania, w bluzie można odpiąć panel i używać jej jak zwykłej bluzy dla mamy :-) Zdjęcia na BLOGu (proszę kliknąć)

środa, 3 września 2014

Jak uszyć rolety rzymskie? Moje trzecie rolety - najłatwiejsze, najlepsze

Jak uszyć rolety rzymskie? Niedawno uszyłam kolejne, już trzecie. Z tych pierwszych nie jestem dumna. Drugie są super. Podwójne, nieprześwitujące, takie na palące czerwcowe słońce. A te dzisiejsze są na dni, kiedy słońca jest niewiele.
Oto rzeczy, których potrzebujemy:
-nożyce, nici, szpilki, maszyna, żelazko, centymetr, linijka, ekierka, przyda się stopka do ściegu krytego
-tkanina
-kółeczka bieliźniarskie
-kordonek
-rzep pętelka
-rzep haczyki na taśmie klejącej
-listewki drewniane lub cokolwiek, co usztywni rolety (można użyć np. drutów ze starej suszarki do bielizny). U dołu radzę zrobić większe listwy, które nie tylko usztywnią, ale dodatkowo obciążą rolety.
1. Mierzymy jaką szerokość i długość ma mieć roleta. Dodajemy po 2 cm na podłożenie po bokach oraz około 10 cm na długości (piszę bardzo orientacyjnie ponieważ to, ile tkanina będzie mieć długości zależy od grubości tunelików na "przęsełka" które przygotowaliście. Usiądźcie spokojnie i dobrze to wszystko przeliczcie, a potem dodajcie i tak sporo zapasu)
2. Dekatyzujemy tkaninę
3. Bardzo dokładnie, równo kroimy tkaninę. Jeśli na tym etapie będziemy niedokładni, roleta się nie uda
4. Podwijamy boki rolety i zszywamy:
5. Robimy u dołu tunel na najgrubszą listwę obciążającą:


6. Dzielimy roletę na tyle równych części, ile zamierzamy mieć "przęsełek". Uwaga, nie pomylcie się ;-) Musicie to dobrze wyliczyć uwzględniając następne kroki (czyli robienie tuneli na przęsełka). Zaprasowujemy w miejscach, gdzie będą tuneliki.
7. Zszywamy używając stopki do ściegu krytego tworząc w tej sposób tunel na przęsło:
8. U góry rolety przyszywamy rzep z pętelką.
9. Przyszywamy kółeczka, które będą prowadzić sznurek do podciągania rolety:

10. Przeciągamy sznurek. Najpierw przywiązujemy sznurek do dolnego kółeczka, potem przeciągamy przez każde kolejne aż do kółeczka przy rzepie, wyciągamy około 40 cm poza to kółeczko przy rzepie, wracamy sznurkiem przez to samo kółeczko, przepuszczamy sznurek przez kółeczko przy rzepie po przeciwległej stronie a potem w dół aż do samego końca (użyłam kordonek - super się do tego nadaje):
11. Prasujemy, wpuszczamy listewki, do okna przyklejamy rzep, wieszamy. Teraz trzeba ją wypoziomować. Chwytamy za oba sznurki i pociągamy tak, aby obie strony rolety równo ją podnosiły. Kiedy oba boki zwijają się równiutko, związujemy ze sobą sznurki na supeł abyśmy w przyszłości mogli podnieść roletę jednym płynnym ruchem.
Oto efekt:

Tę wersję rolety lubię najbardziej. Bardzo płynnie się ją podnosi, nie zacina się.
 

wtorek, 5 sierpnia 2014

Świadectwo - o zarzuceniu kotwicy

Fragment pamiętnika z 11 czerwca 2013:

Pogrzeb Michałka był... taki jak trzeba. Tylko ja, Adam i Pastor. No i grabarz stał z boku i próbował powiedzieć nam wyrazy współczucia jakąś okrętną drogą. Powiedzieliśmy mu "dzień dobry" a on zaczął coś mówić, że jaki to dobry dzień, że pamięta nas niedawno z innego pogrzebu. Nie wyjaśniałam mu, że wcale mi nie było smutno.
Pastor przeczytał fragment z ew. św. Jana a potem modlił się. A potem modlił się Adam. I wtedy zaczął kropić deszczyk. Uśmiechnęłam się. A kiedy ja się modliłam, zaczął lać deszcz. Włożyliśmy maleńką amforę w kolorowe pawie do grobu, obok innej maleńkiej urny w kwiaty. Ciepły deszcz w ciągu trzech minut zlał nas doszczętnie. Pastor powiedział, że miało być krótko to jest krótko i pobiegliśmy do jego wielkiego samochodu. A potem nas uświadomił, że nie było smutno, bo to już było zarzucenie kotwicy. No i miał rację, jak zwykle. Sztorm dawno minął.

Zaledwie kilka dni temu odpoczywałam sobie na łóżku. Do sypialni wpadło słońce. Patrzyłam na naszą komodę i uświadomiłam sobie, że jest piękna. I nie mogłam zrozumieć dlaczego jeszcze niedawno chciałam ją przemalować. Dlaczego chciałam wszystko zmieniać. Dlaczego wszystko wydawało mi się brzydkie i ponure. Mój dom jest piękny, słońce jest piękne, mój śpiący synek jest piękny. Ale nie taki jak tydzień temu. Wszystko jest piękniejsze niż tydzień temu. Jedzenie jest wspaniałe.

Jechaliśmy autobusem na piknik rodzinny w Adama pracy. Samuelek siedział na moich kolanach a ja mu mówiłam, co się dzieje na ulicy. Zupełnie nieistotne sprawy. Mówiłam mu, że pan wyszedł z pieskiem, że karetka jedzie kogoś ratować, że mija nas autobus tej samej linii. Całkiem nieważne sprawy.

Ostatni rok był bardzo wyblakły. Komoda była bura, jedzenie było pokarmem, przyroda była majestatyczna i piękna, ale nieosiągalna, nienamacalna, niepocieszająca. Wszystko trwało. Ja też trwałam w moim życiu. Czułam się dobrze. Chodziłam do psychiatry tylko po zwolnienia bo wiedziałam, że nie bardzo nadaję się do pracy. Mówiłam lekarce, że bardzo mi głupio że biorę od niej zwolnienia bo przecież tak naprawdę, skoro wstaję, robię pranie i jeść, to równie dobrze bym robiła projekty. Ona mi mówiła, że mam depresję i stany lękowe a ja kiwałam głową ale wiedziałam, że po prostu umarło dwoje moich dzieci. I że życie jest inne, niż się nam wydaje. I że jeśli panie w parku rozmawiają o jakichś nieistotnych sprawach, to tylko dlatego, że im dzieci nie umarły. One po prostu nie wiedzą. Ja wiedziałam i dlatego rozmówki nie były dla mnie. Jak się czułam? Dobrze, przecież zawsze mówiłam, że dobrze. Normalnie. Wcześniej po prostu nie byłam świadoma, nie wiedziałam, dlatego byłam taka dziwna i beztroska. Pani psychiatra mówiła, że przecież przed śmiercią dzieci też miałam jakieś trudne przeżycia, a jednak potrafiłam cieszyć się życiem. I że będę jeszcze cieszyć się życiem. Ale ja wiedziałam od niej lepiej. Na tych filmikach kiedy głupio mówię Samuelkowi tym swoim jakimś infantylnym głosem, że już grał na gitarze i żeby popełzał gdzieś indziej, po prostu nie byłam na nich świadoma. A teraz już byłam. Zupa to zupa. Dziecko rośnie, rozwija się i jest ciekawe. Jak mnie zapyta, odpowiem. Jak nas zaproszą, pojedziemy, posiedzimy i pogadamy. Jak mama dzwoni, można jej powiedzieć co się wydarzyło. Bo życie czegoś od nas wymaga i my musimy to dać.

Dopiero teraz, dopiero teraz wiem, że byłam bardzo chora. Teraz, kiedy komoda jest taka piękna wiem, że ona zawsze była piękna! Bo nie zmieniła się od trzech lat. I efekt glorii też był zawsze taki sam. A makaron na roszponce polany sosem śmietankowym z pomidorami zawsze był taki wyśmienity. I mogę tańczyć z Samuelkiem mimo, że to nie jest obowiązkowe a nawet że jest głupie. I że mogę mu mówić o fizyce pomimo, że nie muszę jeszcze go uczyć fizyki. I że opowiadam mu o przeszłości i o tym, co się teraz dzieje choć mnie o to nie pyta. I kocham go, kocham, kocham! Jest wspaniały, zawsze był. Możemy wszystko, wszystko jest dla nas. Życie nie jest obowiązkiem i wyczekiwaniem na jakieś znaczące momenty. Życie to każda chwila i przywilej.

Ten rok był bardzo wyblakły. Prawie nic nie pamiętam. Bo nic nie było. Skoro kolory były takie bure, nawet ich nie dostrzegałam. Bardzo szkoda mi tej Asi wyczekującej jedynie swojego ukochanego wracającego z pracy. On był życiem. Ona była jak kropla, która chciała spaść ale jednak wisiała zamrożona na soplu z przeżyć.

Kotwica jest zarzucona a sztorm ucichł.

Jagódko i Michałku! Kocham was. Żyjcie sobie w światłości, mamusia też ma w sobie światłość. Spotkamy się, ale jeszcze nie teraz.

Świadectwo- o papierach rozwodowych


Początek:
[Adam, musimy pogadać. I to nie będzie miła rozmowa] - napisałam sms do mojego przyjaciela. Usiedliśmy na schodach w aku i powiedziałam: "Nigdy nie znajdę faceta jeśli tyle czasu będziemy spędzać razem. Dlatego nie pójdę dziś z Tobą na ten wieczór kabaretowy". Powiedział: "Ok." Tyle. Poszedł z inną! Nawet się nie wzruszył chyba! Jakieś 16 sekund po tym, jak dostałam wiadomość [Abonent jest już dostępny] wisiałam na akademickiej linii i zapraszałam Go na pogaduchy. Tyle bez Niego wytrzymałam. Od tamtej pory, nasze seanse filmowe polegały na tym, że nie znałam fabuły w ogóle bo kombinowałam w swojej główce jakby tu się do Niego zbliżyć. Żeby choć parę centymetrów mojej skóry dotykało jego.
A potem były zaręczyny i chodzenie 20 cm ponad ziemią. Ale to każdy zna.
3 lata razem:
Monitor LCD wylatuje z 4 piętra w centrum Warszawy. To mój Mąż go wywalił. Bo ja w afekcie porwałam obszycie naszej czerwonej kanapy. Oj, kłócimy się. Jest wojna. "Bo Ty tylko siedzisz przy kompie i grasz!" Nie słucha. "Ciągniesz mnie w dół!" To ja krzyczę. Mam już drugą pracę, zarabiam spore pieniądze. Jestem starsza o dwa lata od Niego. On jest jeszcze na studiach. Pracuję w korporacji. Stres, napięcie, terminy, bezlitośni projektanci, klienci, ogromna odpowiedzialność za innych. Adam pisze dyplom.
5 lat razem:
Postanawiamy kupić mieszkanie. Wspólne zobowiązania, wspólne planowanie, to powinny być piękne czasy. Adam jest w Możejkach a ja w Warszawie dyryguję wykańczaniem mieszkania. Wracam do nowego gniazda po pracy. Położyli już podłogę. Wygląda naprawdę pięknie, teraz to już wygląda jak mieszkanie. Siadam na podłodze, wcale mi nie wesoło. Duża firma projektowa z Poznania nie współpracuje przy projekcie, utrudnia mi pracę. Chodzi o bardzo duże pieniądze a ja, mimo, że zawsze ze wszystkim sobie radziłam wzorowo, nie daję rady bo oni rzucają mi kłody pod nogi. Adam jest na instalacji bardzo daleko. A ja jutro znów muszę stawić czoła pracy.
Dzwonię do szefa: "Odchodzę, boję się, że się pomylę, że przeze mnie zginą ludzie". "Joanna, poczekaj, pójdźmy gdzieś, pogadajmy". Szef mnie podnosi na duchu, motywuje, opowiada swój kryzys w tejże firmie. Zostaję.
Trochę później:
Mieszkamy już na Wilanowie. Mąż kopie swój nowy rower a potem rozdziera swoją koszulkę kolarską na sobie. Bo ja coś. Nie pamiętam co.
Ale ponieważ bardzo się kochamy, przetrwaliśmy i to.
Zawieszamy karnisz na zasłony. On mówi, że mam teraz dać mu tamto. A ja pytam po co. A on mówi, żebym dała mu tamto. A ja pytam po co. On krzyczy, żebym po prostu mu to dała. Ja się obrażam. Nie mamy zasłon.
Ciąża:
Są dwie kreski!!! Postanawiamy na razie nikomu nie mówić. A potem Mąż dzwoni do mnie do pracy i mówi, że nie wytrzyma. Dzwonimy do absolutnie wszystkich.
Lekarz kładzie mnie do łóżka na kilka miesięcy {W domu jestem do dziś.}. Mogę tylko do toalety.  Dużo czasu na myślenie. I wtedy stało się COŚ.
W połowie ciąży mój Mąż wraca do domu na kolacje przy świecach. Prawie codziennie. Do czystego domu. Przemeblowanego, udekorowanego. I piekę bułeczki drożdżowe z rodzynkami mu do pracy. Zamiast mówić - słucham. Kiedyś on przerywa swoje opowiadanie i mówi mi: "Uwielbiam z Tobą rozmawiać. Tylko Ty umiesz tak słuchać".
Siedzi przy komputerze do późna. Gra w Heroes. "Może weźmiesz gorący prysznic Kochany? Miałeś taki ciężki dzień. A ja Ci zrobię herbatę. I weźmiemy laptopa do łóżka".
8  lat razem:
On czasem pomaga w pracy mojemu ojcu. Jest sytuacja. Tata coś tam ględzi na klienta, Adam nie lubi niewyjaśnionych sytuacji, idzie na konfrontację choć moja mama błaga, żeby tego nie robił. Jest burza bo On jednak poszedł to skonfrontować. Okazuje się, że On źle ocenił sytuację, trzeba było faktycznie zostawić klienta w spokoju bo to jakiś narwaniec i głupek. Nic nie wskórał, sytuacja się pogorszyła. Wracamy samochodem, ja myślę, milczę. W domu Adam zostaje na schodach. Siada jakiś taki dziwnie przygarbiony. Mój brat pyta co tam. Opowiadam mu historię sprzed dwudziestu minut. Mówię, że mój Mąż skonfrontował dwie strony, że nie wiadomo co z tego wyniknie. Mówię bratu, że rodzice mają kłopoty, bo milczą, kiedy trzeba rozmawiać a potem płaczą nad swoim losem. I że Adam zrobił to i tamto. Opowiadam bratu z dumą w głosie bohaterski wyczyn mojego Męża. I wtedy Adam wchodzi do kuchni, jest jakiś taki jakby wyższy czy co? I zaczyna donośnym basem gadać z moim bratem. A potem moja mama przeprasza mojego mężczyznę, że na niego psioczyła że poszedł załatwić bez jej zgody.

Ok, co z tego? Po co ta historia?
A po to. Już KILKA moich koleżanek ma papiery rozwodowe. Dlaczego? Ja wiem. Bo nie były w tym punkcie co ja, gdzie stało się COŚ. To coś, to powierzenie swojego życia Bogu. On mi pokazał poprzez Biblię jaka powinna być żona. Nie miałam pojęcia że Bóg tak wiele powiedział na temat postawy żon w Jego Słowie – Piśmie Świętym.
Żony, szanujcie swoich mężów. Nie bądźcie ich sumieniem. Nie ważcie się ich krytykować. Krytyka w żarcie to też krytyka. Miażdżąca. Wdeptująca. Powodująca, że Wasi mężczyźni mają zaokrąglone plecy i wyższy głos.
Co jest dla Was ważniejsze: kariera czy Wasz mężczyzna? Czy będąc same na szczycie, będziecie szczęśliwe?
Nie szukajcie odpowiedniego mężczyzny. Wasz mężczyzna jest odpowiedni, tylko Wasze priorytety nie są odpowiednie. Wasi mężczyźni są tymi samymi, do którego lgnęłyście kilka(naście) lat temu. Wasza skóra płonęła bo chciałyście być z nim.
Małżeństwo to nie "fifty-fifty". To "one hundred- one hundred"
Czy spadła mi korona, kiedy w stu procentach poddałam się mojemu mężowi? Nie, nie spadła. Do korony dostałam jeszcze piedestał.

Co zyskałam wybierając uszczęśliwianie mojego Męża:
- Dom, do którego ja chcę wracać. Ale to nic bo ja zawsze byłam domatorką. Teraz mam dom, do którego mój mąż chce wracać choć jest przecież duchem ruchu, działań
- Szczęśliwe dziecko, które nigdy nie widziało rodziców kłócących się. A moje łzy widziało pierwszy raz, kiedy zmarła jego siostrzyczka
- Spełnienie. W domu odkryłam swoją prawdziwą pasję, swój talent o którym nie miałam pojęcia
- Mnóstwo śmiechu. Adama śmiech jest taki zaraźliwy!
- Przyjaciela. Znów jestem Jego powiernicą
- Zero stresu

Co straciłam wybierając swojego Męża:
- Kilka tysięcy co miesiąc na koncie. I klika(naście)/(dziesiąt) rocznej premii

Moje kochane koleżanki, przyjaciółki, siostry. Opisałam tę historię, bo Was kocham/lubię/szanuję lub wszystko na raz. I chcę, abyście były szczęśliwe. I nie chcę być świadkiem Waszych rozwodów. Nie jest mi łatwo publikować tak intymne rzeczy ale robię to dla Was. Proszę, szanujcie swoich mężów.

EDIT: To jest post z 2011 roku
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...