wtorek, 5 sierpnia 2014

Świadectwo - o zarzuceniu kotwicy

Fragment pamiętnika z 11 czerwca 2013:

Pogrzeb Michałka był... taki jak trzeba. Tylko ja, Adam i Pastor. No i grabarz stał z boku i próbował powiedzieć nam wyrazy współczucia jakąś okrętną drogą. Powiedzieliśmy mu "dzień dobry" a on zaczął coś mówić, że jaki to dobry dzień, że pamięta nas niedawno z innego pogrzebu. Nie wyjaśniałam mu, że wcale mi nie było smutno.
Pastor przeczytał fragment z ew. św. Jana a potem modlił się. A potem modlił się Adam. I wtedy zaczął kropić deszczyk. Uśmiechnęłam się. A kiedy ja się modliłam, zaczął lać deszcz. Włożyliśmy maleńką amforę w kolorowe pawie do grobu, obok innej maleńkiej urny w kwiaty. Ciepły deszcz w ciągu trzech minut zlał nas doszczętnie. Pastor powiedział, że miało być krótko to jest krótko i pobiegliśmy do jego wielkiego samochodu. A potem nas uświadomił, że nie było smutno, bo to już było zarzucenie kotwicy. No i miał rację, jak zwykle. Sztorm dawno minął.

Zaledwie kilka dni temu odpoczywałam sobie na łóżku. Do sypialni wpadło słońce. Patrzyłam na naszą komodę i uświadomiłam sobie, że jest piękna. I nie mogłam zrozumieć dlaczego jeszcze niedawno chciałam ją przemalować. Dlaczego chciałam wszystko zmieniać. Dlaczego wszystko wydawało mi się brzydkie i ponure. Mój dom jest piękny, słońce jest piękne, mój śpiący synek jest piękny. Ale nie taki jak tydzień temu. Wszystko jest piękniejsze niż tydzień temu. Jedzenie jest wspaniałe.

Jechaliśmy autobusem na piknik rodzinny w Adama pracy. Samuelek siedział na moich kolanach a ja mu mówiłam, co się dzieje na ulicy. Zupełnie nieistotne sprawy. Mówiłam mu, że pan wyszedł z pieskiem, że karetka jedzie kogoś ratować, że mija nas autobus tej samej linii. Całkiem nieważne sprawy.

Ostatni rok był bardzo wyblakły. Komoda była bura, jedzenie było pokarmem, przyroda była majestatyczna i piękna, ale nieosiągalna, nienamacalna, niepocieszająca. Wszystko trwało. Ja też trwałam w moim życiu. Czułam się dobrze. Chodziłam do psychiatry tylko po zwolnienia bo wiedziałam, że nie bardzo nadaję się do pracy. Mówiłam lekarce, że bardzo mi głupio że biorę od niej zwolnienia bo przecież tak naprawdę, skoro wstaję, robię pranie i jeść, to równie dobrze bym robiła projekty. Ona mi mówiła, że mam depresję i stany lękowe a ja kiwałam głową ale wiedziałam, że po prostu umarło dwoje moich dzieci. I że życie jest inne, niż się nam wydaje. I że jeśli panie w parku rozmawiają o jakichś nieistotnych sprawach, to tylko dlatego, że im dzieci nie umarły. One po prostu nie wiedzą. Ja wiedziałam i dlatego rozmówki nie były dla mnie. Jak się czułam? Dobrze, przecież zawsze mówiłam, że dobrze. Normalnie. Wcześniej po prostu nie byłam świadoma, nie wiedziałam, dlatego byłam taka dziwna i beztroska. Pani psychiatra mówiła, że przecież przed śmiercią dzieci też miałam jakieś trudne przeżycia, a jednak potrafiłam cieszyć się życiem. I że będę jeszcze cieszyć się życiem. Ale ja wiedziałam od niej lepiej. Na tych filmikach kiedy głupio mówię Samuelkowi tym swoim jakimś infantylnym głosem, że już grał na gitarze i żeby popełzał gdzieś indziej, po prostu nie byłam na nich świadoma. A teraz już byłam. Zupa to zupa. Dziecko rośnie, rozwija się i jest ciekawe. Jak mnie zapyta, odpowiem. Jak nas zaproszą, pojedziemy, posiedzimy i pogadamy. Jak mama dzwoni, można jej powiedzieć co się wydarzyło. Bo życie czegoś od nas wymaga i my musimy to dać.

Dopiero teraz, dopiero teraz wiem, że byłam bardzo chora. Teraz, kiedy komoda jest taka piękna wiem, że ona zawsze była piękna! Bo nie zmieniła się od trzech lat. I efekt glorii też był zawsze taki sam. A makaron na roszponce polany sosem śmietankowym z pomidorami zawsze był taki wyśmienity. I mogę tańczyć z Samuelkiem mimo, że to nie jest obowiązkowe a nawet że jest głupie. I że mogę mu mówić o fizyce pomimo, że nie muszę jeszcze go uczyć fizyki. I że opowiadam mu o przeszłości i o tym, co się teraz dzieje choć mnie o to nie pyta. I kocham go, kocham, kocham! Jest wspaniały, zawsze był. Możemy wszystko, wszystko jest dla nas. Życie nie jest obowiązkiem i wyczekiwaniem na jakieś znaczące momenty. Życie to każda chwila i przywilej.

Ten rok był bardzo wyblakły. Prawie nic nie pamiętam. Bo nic nie było. Skoro kolory były takie bure, nawet ich nie dostrzegałam. Bardzo szkoda mi tej Asi wyczekującej jedynie swojego ukochanego wracającego z pracy. On był życiem. Ona była jak kropla, która chciała spaść ale jednak wisiała zamrożona na soplu z przeżyć.

Kotwica jest zarzucona a sztorm ucichł.

Jagódko i Michałku! Kocham was. Żyjcie sobie w światłości, mamusia też ma w sobie światłość. Spotkamy się, ale jeszcze nie teraz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...