niedziela, 15 grudnia 2013

Świadectwo - o moim nawróceniu

Historia mojego nawrócenia

...będziecie mi świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi” (Dz. 1,8)

Abyście mieli pełen obraz, będę musiała się cofnąć o 25-26 lat.
Kiedy miałam 5 lub 6 lat a moja siostra 8 lub 9 mogłyśmy już same jeździć do dziadka i babci dwa przystanki pociągiem. Dziadek był pastorem i był cudowną osobą. Nosił w sobie światło, był przepełniony miłością, zawsze miał coś dobrego do powiedzenia, świetnie znał Słowo Boże. Nad łóżkiem wisiał cytat: „Tylko w Bogu uspokaja się dusza moja” a nad stołem „Ja i dom mój będziemy służyć Bogu”. I faktycznie tak było, on służył Bogu. W jego domu, w jedynym pokoju odbywały się coniedzielne nabożeństwa a po nich obiady dla zebranych. Jak się teraz dowiaduję, kiedy go już nie ma z nami, co najmniej kilka osób za jego sprawą się nawróciło. Jego światło przyciągało innych.
Kiedy wracałyśmy przez las od dziadka, śpiewałyśmy z siostrą całą drogę „Pan jest pasterzem moim”, „Będę biec by spotkać Zbawcę” itd. Kiedy skończył się nam repertuar, stałyśmy już na wielkim nasypie na peronie. Siostra powiedziała mi wtedy: „A wiesz, że wszystko co widzisz, łącznie z tobą i mną stworzył Bóg?”. A widoki były wspaniałe: u naszych stóp dolinka a na niej mnóstwo wielkich starych drzew, był maj, słońce nas ogrzewało, ptaki śpiewały, niebo było cudownie turkusowe. Pomyślałam, że tylko ktoś naprawdę cudowny mógł to wszystko stworzyć. Siostra powiedziała, że Bóg zawsze mnie widzi i wie, co myślę. Zapytałam ją, czy On mnie widzi kiedy jestem pod kołdrą... :-)
A potem powiedziała mi jeszcze, że istnieje szatan i że on nienawidzi Boga. Że szatan czeka na bezmyślnych, ignoranckich, nierozważnych ludzi aby ich skrzywdzić. Więc lepiej żebym się odsunęła od krawędzi peronu bo on może mnie zepchnąć. I to wystarczyło, abym była potem ostrożniejsza mimo, że byłam dzieckiem, które zawsze miało strupy na kolanach, wisiało na drzewie lub płocie lub bawiło się lalkami na dachu garażu. I wcale nie miałam stanów lękowych ani depresji, po prostu zawsze wiedziałam, że muszę być ostrożna, bo jest taki drań, który na mnie czyha.
Wtedy, kiedy wracałyśmy od dziadka pociągiem, po raz pierwszy w życiu byłam absolutnie zakochana. I czułam ten totalny błogostan wynikający ze świadomości, że jest ktoś Wszechmogący; Wszechwiedzący; ktoś, kto się mną opiekuje; zawsze jest przy mnie.
A potem lata mijały i nikt nie dorzucał do ognia. I ten ogień powoli wygasał. I kiedy skończyłam studia deklarowałam się już nawet jako ateistka choć sama do końca w to nie wierzyłam.
Ale rodzice się w porę zrehabilitowali. Zaczęli się modlić o swoje dzieci, wiem to na pewno choć nigdy ich o to nie pytałam. Na pewno prosili Chrystusa aby znalazł drogę do naszych serc. A Bóg doskonale wiedział w które drzwi zapukać.

I tu znów cofnę się o parę lat. W szkole pani nauczycielka zapytała dzieci o marzenia ich dorosłego życia. Dziewczynki opowiadały że chcą być tancerkami, piosenkarkami, pisarkami, aktorkami. Chłopcy odpowiadali, że chcą być kowbojami, policjantami, strażakami. A kiedy przyszła kolej na mnie, powiedziałam, że ja nie mam żadnych marzeń. Bo wydawało mi się, że moje marzenie jest tak małe, szare, zwyczajne, że to nawet nie może być marzenie. A marzyłam o tym, aby poślubić dobrego człowieka, mieć dom, którym będę się zajmować najlepiej jak będę potrafiła i mieć dzieci, którym będę szyć ubrania, smażyć konfitury, wymyślać zajęcia.
No i kiedy zaszłam w ciążę, położono mnie do łóżka na długie miesiące. I kiedy wreszcie telefon z biura przestał dzwonić, miałam dużo czasu do zastanowienia się. I zaczęło się we mnie odzywać ciche sumienie. Zaczęłam zadawać sobie pytania: co powiesz dzieciom, kiedy zapytają cię czym jest życie i śmierć, skąd pochodzę, dokąd zmierzam. Pytałam sama siebie czym będą dla mnie święta Bożego narodzenia – czy to będzie tylko czerwony grubas rozdający prezenty czy coś o wiele więcej?
W międzyczasie wybieraliśmy imię dla dziecka. I z dziewczynką nie było żadnego problemu ale z imieniem męskim to był prawdziwy dylemat. Każde imię męskie Adamowi się kojarzyło z jakimś kolegą, który zrobił to lub tamto. Więc zaczęłam wybierać spośród mniej popularnych imion. I znalazłam imię Samuel, pomyślałam, że takie imię może nosić tylko silny charakter. Postanowiłam tak nazwać naszego syna. I wiedziałam, że znam to imię z Biblii. Otworzyłam na pierwszej księdze Samuela i zaczęłam czytać historię Anny i Elkana. Anna była ukochaną żoną Elkana i z tego co można wyczytać, byli bardzo udanym małżeństwem. Ale ona bardzo chciała mieć syna. Być może była podobna do mnie i też chciała mu smażyć konfitury i szyć ubrania. I czytałam tę historię tak, jakbym czytała ją po raz pierwszy.
Potem poprosiłam Boga, aby wybaczył mi moją ignorancję. Poprosiłam, aby Jezus był Królem mojego domu, serca, moim przewodnikiem. Aby rządził mną i prowadził mnie przez życie tak, abym była dobrą żoną i mamą. Aby Bóg z przyjemnością mnie kiedyś zaprosił do swojego Królestwa.

Od tamtej pory minęło niewiele czasu ale za to zmieniło się wszystko.
Oto przykłady:
Sześć lat temu kłóciliśmy się z Adamem. Bo przez cały dzień nie napisał ani jednego słowa w swojej pracy magisterskiej. Ja w afekcie porwałam poszycie kanapy a Adam wyrzucił z 4 piętra przez okno monitor LCD.

Pewnego dnia, całkiem niedawno, wracaliśmy z Adamem skądś autobusem. Niestety nie pamiętam, choć bardzo bym chciała przypomnieć sobie o co poszło, ale w pewnym momencie Adam powiedział do mnie: „Zachowałaś się idiotycznie”. A ja mu na to powiedziałam: „Ty tu zostań z Samkiem a ja pójdę sprawdzić o której odjeżdża autobus”.
Pięć lat temu dałabym mu popalić. Pewnie bym sobie popłakała z dwie minuty aby wiedział jak mnie zabolało. Albo nie odzywałabym się do niego przez dwadzieścia minut. Ale co najważniejsze, uraziłoby mnie to bardzo. Bo dla mnie moje ego było najważniejsze, na pierwszym miejscu. Dla Adama jego ego. Natomiast w tamtej sytuacji to było tak, jakby Adam wlał kroplę goryczy w całe ogromne jezioro miłości, szacunku i zaufania. I ta kropla goryczy zginęła prawie w ogóle niedostrzeżona. I mogliśmy sobie porozmawiać o tym co się stało. I myślę, że nie byłoby to możliwe, gdybym nie znała miłości Bożej.
Kiedy Chrystus jest na pierwszym miejscu, wszystko inne jest na swoim miejscu.

3 listopada leżałam w szpitalu. Nasze kolejne malutkie dziecko zmarło. Byłam w innym szpitalu niż za pierwszym razem i nie pozwolono Samuelkowi być ze mną więc Adam i Samko pojechali do domu. Kiedy już podawano mi narkozę i czekałam na najgorszy zabieg na świecie, kiedy założono mi maskę z tlenem, miałam jeszcze chwilkę na króciutką modlitwę. Mogłam się z tej narkozy nigdy nie obudzić. Nie chciałam umrzeć ale się nie bałam. Modliłam się aby Bóg przebaczył mi grzechy i aby przyjął mnie do siebie. To było ostatnie, co pamiętam.
Kilkanaście kilometrów dalej, w naszym domu, Adamowi przeszło przez myśl, że jeśli umrę, nie poradzi sobie beze mnie. A zaraz potem uderzyła go myśl, że przecież wszystko może w Chrystusie.

Nie rozwiodłam się i nie wzięłam ponownie ślubu a mam nowego męża, nowe małżeństwo. Modlić się głośno razem z mężem – to najwyższy stopień bliskości i wtajemniczenia.

Jak to jest: mieć kłopoty, stracić coś cennego, nie mieć zdrowia lub pieniędzy wie każdy człowiek na ziemi. Ale jak to jest przeżywać te wszystkie tragedie ale nadal patrzeć w przyszłość z ufnością i spokojem – wiemy tylko my, którzy powierzyliśmy swoje życie Chrystusowi. Dzięki niemu pozyskałam nowego męża, nowe małżeństwo, wszystkie trudy znoszę dzielnie pokładając ufność w przyszłość z Bogiem. I nie chcę żyć bez Niego. Dziękuję Mu, że mnie wybrał.



2 komentarze:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...